Weekend był słoneczny, och jak mi tego słońca brakuje i w tej tęsknocie pewnie sama nie jestem.
Siedząc i patrząc na mój pożal się ogródek stwierdziłam, że chciałabym, altankę, donice.. ale pieniążków brak. No ale tyle desek, stempli – ot pozostałości po budowie. A co tam, wywalić zawsze zdążę:) Więc zakasaliśmy z M rękawy i do roboty. Kilka desek, puszka lakierobejcy, gwoździ, pędzel i wio …… Powstała donica. Z sadu, wykopałam niezapominajki rosnące wśród chwastów, dalia na ryneczku kupiona i funkia zgarnięta ze skalniaka… Wgląda ładnie:) – mnie się podoba. Dostałam również poziomki, podsuszone, marne, ale lubię wywalać roślin, więc wsadziłam z nadzieją, że coś z nich jeszcze będzie.
Brakuje jeszcze do kompletu kafelek na tarasie, ale to na później… bardzo później :)
Rozpoczęliśmy również prace nad altanką. Mam nadzieję, że wyjdzie znośnie, ale na nią poczekam troszkę, bo pogoda nie dopisuje i M późno z pracy wraca, więc zostają nam soboty. Poczekam…
Będąc na zakupach znalazł śliczne konewki.. tak mi się podobały, że nie mogłam przejść obojętnie. Małżonek stwierdził, że jak się już nauczę decu to będą pięknie wyglądały i kupił mi 5 szt. Zostawię sobie dwie tylko jeszcze nie wiem, czy żółte, czy zielone :) Na chwilę obecną jestem w posiadaniu wszystkich:)
Oczami wyobraźni widzę, jak pięknie będą wyglądały, choć teraz też są śliczne.
Niedzielę spędziłam obijając się.. Ach już dawno tego nie robiłam. W pięknym słońcu podziwiałam kolory wiosny, popijając ulubioną herbatkę i zachwycając się zapachem bzu. Oczywiście nie mogłam się oprzeć i kilka gałązek znalazło się w wazonie.
Biegałam również po ogrodzie z aparatem, korzystając z pięknego słońca, zrobiłam kilka fotek. I nimi Was teraz zasypię. Choć artystą fotografem nigdy nie zostanę i tak mi się podobają.
A tu z Labusią pełen relaks.. Och życie potrafi być piękne.
Pozdrawiam
